Szczęście w nieszczęściu Lucka z Włodzimierzowa
Historia kocurka Lucka jest mało oryginalna i smutna, ale taki już los niechcianych i zapomnianych… Lucek to kot, którego znam osobiście i to całkiem dobrze, bo przybłąkał się już parę miesięcy temu na podwórko naszej etatowej malarki FKM – Magdy. Był nieco nieufny, trochę wycofany, ale przychodził regularnie na karmienie i obchód posesji. Magda wynosiła mu, co tam tylko mogła, podkarmiała, dogadzała, powoli zdobywała jego zaufanie. Z czasem chłopak nauczył się głaskania i wyłudzania smaczniejszych kąsków. Uczestniczył nawet z nami któregoś dnia w biesiadzie przy ognisku, bo doskonale wiedział, że dzieci nie zjedzą tych wszystkich kiełbasek!
Lucek zaprzyjaźnił się z kociczką mieszkającą po sąsiedzku, adoptowaną z fundacji – cudną Brzoskwinką, dziś Strzałą. Razem grasowali, szaleli, płoszyli wszystko, co żyje. Polowania, harce, gonitwy. To dzięki tym szaleństwom Strzałka, która miała niedowład tylnych kończyn, dziś jest prawdziwym kocim ninja, ale to zupełnie inna historia…
Magda martwiła się o Lucka, bo przecież bezdomny, ale ja wciąż ją powstrzymywałam od takich stwierdzeń. Miałam nadzieję, że jak to na wsi – kot jest pozostawiony sam sobie, ale gdzieś swoje podwórko ma i z pewnością tam wraca. Brudny, bo brudny, ale widać, że zdrowy, odkarmiony, energia i humor w normie. Kocur tymczasem zadomowił się na podwórku. Miał miejsce do spania w drewutni, miał jedzenie i ręce do głaskania. Zdaje się, że nigdzie nie odchodził, nie nocował poza zaprzyjaźnionym obejściem.
W związku z tym Magda stwierdziła, że czas się za niego wziąć, zadbać o jego byt. Poprosiła Fundację o pomoc w kastracji. A ja znów się wahałam, bo może jednak kot jest czyjś i nie mam prawa ingerować w jego życie i zdrowie. Odwlekałam tę decyzję z tygodnia na tydzień. Gdyby nie moja opieszałość i głupota, Lucek najprawdopodobniej nie musiałby cierpieć. A przyszła wiosna w tym roku, wyjątkowo wcześnie, szybko zrobiło się ciepło, słońce radośnie świeciło, przyroda znacznie szybciej przebudziła się z zimowego snu. Lucek też – jak się okazało.
W niedzielne późne popołudnie dzwoni Magda. Jest zdenerwowana i trochę spanikowana. Lucek przyszedł ze spuchniętą łapką, nie stąpa na niej, nie da się dotknąć, łapka wygląda na złamaną. Jedno oko spuchnięte i łzawi. Choroba jedna! To bardzo prawdopodobne, bo Magdy dom stoi około 200 metrów od trasy. Może coś go potrąciło? A może ktoś pogonił? A może pies? Krwi nie widać, łapka dwa razy grubsza od normalnej, kot ewidentnie cierpiący. Co robić? |
Od razu dzwonię do naszego kochanego doktora Wojtani i pytam, czy da radę otworzyć za godzinę. Nie ma sprawy, o 19.00 będzie w Piotrkowie, wraca ze stolicy, ale otworzy bez słowa. Pakuję transporter, biorę do pomocy Iwonę, bo akurat u niej jestem i jadę.
Na miejscu zastaję to, co Magda opisała. Lucek siedzi na dywanie, łapa jak kłoda i nie da się tknąć. Nie jest nauczony brania na ręce. Trudno, ryzyk – fizyk. Nie ma czasu na podchody, biorę gościa z zaskoczenia i już siedzi w transporterku! Wszak praca w FKM nie takie rzeczy przewiduje!
Kiedy podjeżdżamy pod lecznicę, Wojtania właśnie parkuje samochód. 100% synchronizacji.
Gorzej już w zabiegowym. Lucek za żadne skarby nie da się dotknąć, boi się, warczy, panikuje, zaraz mu serducho wyskoczy z nerwów. Szybka decyzja – Lucka dajemy pod narkozę, badamy, jeśli stan zdrowia pozwoli, leczymy i od razu kastrujemy.
Łapka okazuje się … pogryziona. Wiosna, amory, bieganie za dziewczynami, wiadomo, z naturą nie wygrasz. Oczywiście, nie daję wiary, bo krwi nie widzę. Pan doktor musi zgolić łapkę i podstawić mi pod nos dowody walki w postaci dziur w łapie. Obrażenia dają wyjątkowo paskudny efekt, ale nie są groźne, stan zapalny da się szybko opanować. Zapada decyzja o kastracji. Kotek dostaje antybiotyk i leki przeciwzapalne. Na noc zostaje na obserwacji w lecznicy. Po południu będzie można zdecydować, co dalej z naszym bojowym delikwentem.
Po niemal dobie od naszej interwencji Lucek wygląda o niebo lepiej. Opuchlizna ustępuje, antybiotyk działa, o kastracji chyba chłopak nic nie wie… I jakoś tak nagle odmienia mu się charakter! Lucek łasi się, jest zadowolony, pomrukuje, widać, że ufa nam i pozwala robić ze sobą wszystko!
Jeszcze tylko pozbywamy się pasożytów, dajemy antybiotyk o przedłużonym działaniu i już Magda może go zawieźć do domu.
Dziś Lucjan jest szczęśliwym kotem. Po przykrych wydarzeniach nie pozostał ślad. Biega sobie i hasa po Włodzimierzowie. Jest bezpieczny i ma stałą opiekę. Dzięki temu, że jest wykastrowany i odrobaczony, może swobodnie wchodzić do domu i mieć kontakt z dziećmi. Ma tyle swobody, ile zapragnie, a jednocześnie zyskał nową rodzinę.
Czy był kiedyś czyjś? Bardzo możliwe. Może ktoś go porzucił w minione wakacje? A może sam odszedł, nie czując się potrzebnym. Nie powie nam tego. Najważniejsze, że teraz nie musi już pamiętać o przeszłości.
Wpis: 14.03.2014







