Koty ze Starówki
Ulica Zamkowa w Piotrkowie: centrum Starego Miasta, pamięta jeszcze czasy, gdy Piotrków był wielokulturowy – ciasne uliczki, pożydowskie, niskie zabudowania, wąskie przejścia, tajemnicze podwórka. Dziś slumsy, brud, dziury w nawierzchni, liszaje murów. Autochtoni raczej nieciekawi i lepiej po 22.00 tamtędy nie przechodzić. Jakaś świetlica środowiskowa, obok Centrum Informacji Turystycznej, kościół farny, sklep mięsny, sklep monopolowy, bandy zaniedbanych dzieciaków, grających w piłkę na środku jezdni, przemykający chyłkiem ludzie – brud, smród, ruja i poróbstwo (przepraszam, taka prawda).
Dzwoni starsza pani. Troszkę spanikowana, troszkę niepewna, po głosie słychać, że nie wierzy w sens rozmowy. Opowiada mi historię swoją i kotów, które rezydują u niej na podwórku. Kiedyś, wiele lat temu miała tu swoją małą firmę garmażeryjną, po nowelizacji przepisów UE firma padła, wkrótce po tym mąż zmarł, pani została sama wśród zdewastowanych pomieszczeń gospodarczych, z nędzną emeryturą i brakiem perspektyw na godną starość. Późnym latem ubiegłego roku przybłąkały się do niej dwa małe kociaki. Dokarmiała, udostępniła kąt. I tyle. Jak zawsze, znamy to. Wiosną okazało się, że to dwie kociczki. Ruja, ciąża, dwa mioty po trzy kocięta. Na dodatek dostała „w spadku” po kuzynce psa, którego tamta chciała uśpić. Piesek miły, sympatyczny dla wszystkich, którzy nie są podobni do kota…
Dzwoni z prośbą o pomoc. Chciałaby jakoś pomóc tym kociakom, ale nie wie jak. Okazuje się, że nigdy nie słyszała o programie darmowej sterylizacji. Nie wiedziała nawet, że takie zabiegi się wykonuje… O, matko i córko – ciśnie się na usta… No, nic, trzeba się umówić na wizytę i obejrzeć cale towarzystwo.
Zachodzę zatem (bo to po sąsiedzku), patrzę i włos się jeży na karku. Dwa mioty „zakwaterowane” w opuszczonym pomieszczeniu, gołe kafle, pudełka tekturowe dla maluchów, pleśń, grzyb, farba płatami odpada, powietrze ciężkie od zarazków, kupki śmieci, stare meble, zimno, zapach stęchlizny i kocich odchodów, sodomia i gomoria. I w tym wszystkim dwie dzielne, mądre, kochające matki, które na krok nie opuszczają swoich pociech! Wiadomo, wychudzone, bo ciąża i karmienie. Na dodatek dostają krowie mleko do picia i coś dziwnego do jedzenia – nie wiem, pasztetowa? parówki? gotowane coś? Szczur by się może zainteresował takim menu, ale nie kotka karmiąca!!!
Suma sumarum – kociąt nie mogę wziąć, jedne mają jakieś 4 tygodnie, drugie ponoć tydzień więcej. Ale są zbyt niedojrzałe, nie chcą jeść stałego pokarmu, w tych warunkach ich rozwój został zahamowany. Poza tym obie kotki mają dużo mleka, więc trzeba poczekać na naturalny zanik. Instruuję panią odnośnie karmienia, dostarczam na próbę mleko zastępcze, sugeruję kupienie puszek dla kocic i młodych. Umawiam się na odebranie starszego miotu po tygodniu.
Wszystko przebiega zgodnie planem. Po tygodniu odbieram starsze kocięta. Są zdrowe, puszyste, same jedzą, wszystko z nimi w porządku. Jednocześnie umawiamy matkę na zabieg sterylizacji tuż po ustaniu laktacji; pokarmu i tak praktycznie nie miała. Z drugim miotem jest gorzej, słabo rośnie, słabo się rozwija. Mimo moich próśb i gróźb, pani i tak karmi po swojemu, czyli krowie mleko i gotowane resztki mięsa, sam tłuszcz. Dochodzi do tego, że matka karmiąca ma silne rozwolnienie. Bez pomocy weterynarza nie da rady. Odpowiednio dobrane leki pozwoliły zatrzymać dolegliwości i nie zaszkodzić maluchom, które wciąż ssały pierś matki. Cała banda została odpchlona i odrobaczona. Sytuacja opanowana. Mimo to termin przejęcia małych został odroczony, aby mogły jeszcze się wzmocnić, pobyć z matką i nabrać sił.
Wreszcie się udało. Drugi miot trafia do mnie, do domu tymczasowego. Trochę kłopotu z maluchami było. Miały ropiejące i łzawiące oczy. Na szczęście okazało się, że to tylko z brudu, z warunków, w jakich przebywały i nie jest to wynikiem żadnej choroby zakaźnej. Uff! Wystarczyło kociakom zapewnić stabilne warunki, czystość, przemywanie oczek i od razu byłe inne. Od razu? Płonne nadzieje… Po kilku dniach zaczęły mieć kłopoty z trawieniem… I znów ten sam problem – bakterie. Z mlekiem matki wyssały mnóstwo szkodliwych drobnoustrojów, warunki bytowe były fatalne – kilka dni w cieple i się zaczęło. Codziennie są badane przez lekarza weterynarii, muszą przyjmować probiotyki i leki wspomagające, ponieważ zwykły Lakcid nie dał rady. Ale pięknie przybrały na wadze, są radosne, szczęśliwe i rozpieszczane! Jeszcze kilka dni i wszystko wróci do normy.
Ich mama również została wysterylizowana. Bardzo dobrze zniosła zabieg i dochodzi do zdrowia pod stałą kontrolą Fundacji. Kiedy tylko obie kotki dojdą do siebie, będą szukały nowych domów z ramienia FKM. Tam nie mogą zostać, to byłby dla nich koniec. Są tak mądre, proludzkie, łagodne, że aż strach pomyśleć, co z nimi mogą zrobić okoliczni mieszkańcy… A przecież świetnie nadają się do domów z ogrodem – są łowne, przywiązują się do ludzi, trzymają się podwórka…
Obecnie cała ferajna oczekuje na nowe domy.
Wszystko skończyło się dobrze. Teraz czekamy na ludzi dobrej woli, którzy pomogą naszym kociakom zaznać szczęścia już na zawsze. Pomożecie?
Wpis: 21.07.2014







