Uwaga! Znajdujesz się na archiwalnej stronie Fundacji Kocia Mama. Aktualna strona znajduje się pod adresem www.kociamama.pl

Koty nie rosną na trawnikach


Dziś czwartek, a jakby poniedziałek. W pracy kocioł i kolejny sądny dzień. Wiadomo – wrzesień w szkole: jeszcze milion rzeczy do napisania, zaraportowania, uzgodnienia i siedemdziesiąt pięć nowych twarzy do zapamiętania. A połącz to, człeku, z nazwiskiem, barwą głosu, charakterem! Ech, kto uczy, ten wie. 
 
W tym samym czasie staram się uzgodnić formę darowizny dla FKM od firmy K. Pocztę i telefony fundacyjne za chwilę pomylę ze szkolnymi i prywatnymi. Wszystko się zazębia i zachodzi na siebie: uczniowie są wolontariuszami, koleżanki po fachu – domami tymczasowymi, rodzina i znajomi pomagają, wspierają albo… się zżymają i mają dość faktu, że nigdy nie ma mnie w domu, bo znów latam za kotami. Albo wiszę na telefonie i gadam o kotach, albo siedzę na fejsie i piszę o kotach, albo wpadnie Renata i dyskutujemy o kotach, albo Iwona i … itd., itp. 
 
Ufff, okienko! Zbawienie. Zrobię sobie kawę i jakoś to będzie. Akurat. Dzwoni telefon prywatny. Obcy numer. O, dawna znajoma. Nie, nie słyszałam SMS-a od Ciebie. Tu się pracuje. W czym problem? Monika znalazła kota. Poszła na spacer z psem i znalazła kota. Kot leży na trawniku przy ulicy o szumnej i potocznej, a jakże znamiennej, nazwie Czarna Droga. Fatalna okolica. Pustostany, śmieci, garaże, obok tory kolejowe, złomowiska, bandy pijaczków. Kot mały, oczy tak zaropiałe, że nie jest w stanie ich otworzyć, zatkany nos, czyli koci katar w cudownym stadium. Mały nie ma siły chodzić, więc leży sobie w tej trawie i przeraźliwie się drze – słyszę w słuchawce jak woła o pomoc. Próbuję ustalić z Moniką plan działania. Przede wszystkim – idź do naszego weta – dr Wojtania mu pomoże.
 
Potem pytam o to, czy może kota u siebie przetrzymać. Nie, pewnie, że nie, bo pies. Matko, czemu zawsze tak jest? Bo pies, bo dziecko, bo mam już 287457 koty, bo wyjeżdżam, bo coś tam? Dlaczego? 
Pomoc nie kończy się na telefonie! Nie spada od tego kamień z serca! Jakiego serca? Co to za wygoda i odporność psychiczna, żeby tak jednym telefonem mieć dobry uczynek i zasługi w niebie? Pomoc to zapewnienie bezpieczeństwa, leczenie, codzienne wizyty  w przychodni, to konkretne sumy pieniędzy, nieprzespane noce, stres, zmęczenie i strach, lęk o podopiecznego. Gdybym kończyła swoje interwencje na telefonowaniu, nic bym nigdy nie osiągnęła!
 
Dlatego też negocjacje z Moniką musiały trwać dalej. Skoro nie ma miejsca u siebie i samochód ma w remoncie, musi znaleźć małemu lokum na czas leczenia. Przychodnia u wujka Piotrka odpada. Ma już kocioł z kotami i to powypadkowymi, nie będziemy ryzykować epidemii KK. I jak to często w życiu bywa, pomoc przychodzi z najmniej spodziewanej strony. Mama naszej wspólnej koleżanki zgodziła się zaopiekować młodym! 
Szykuję wyprawkę dla domu tymczasowego: jedzenie suche i mokre, żwirek, kuweta, łopatka do żwirku, spanie, kocyk, kocie mleczko, ooo, zapomniałam miseczek!, dorzucam pozytywną energię i wiarę w wyleczenie kociaka. 
 
Zanim jednak odbiorę go z lecznicy, muszę się uporać z kilkoma innymi rzeczami, które zawsze wyjdą „po drodze i przy okazji”  – jak mawia Szefowa Iza. Znów telefony. Pani Ania z Górnej prosi o jedzenie dla tymczasów, pan doktor przypomina, że mam być z wizytą, bo przecież inny kociak chory, trzeba nakarmić kociczkę podrzuconą do mnie na klatkę schodową, porozmawiać z sąsiadami, może ktoś coś wie w jej sprawie, pojechać po żwirek dla swoich własnych kotów, pogadać z panią z hurtowni, pojechać po spożywcze, normalne, swoje zakupy, uff, ratunku! Pomocy! Niech ktoś to ogarnie!
 
Wreszcie odbieram malucha.
Wygląda kiepsko: nos zatkany, oddycha pyszczkiem, oczy równie kiepsko, chyba tylko reaguje na światło, wszelkie relacje opiera na słuchu i dotyku. Uszami „wodzi” za mną. Jest łagodny, potulny jak baranek, chudy niemożebnie, wszystkie kosteczki wyczuwam pod skórą. Przybiega do mnie, łasi się, tuli. Daje się obejrzeć ze wszystkich stron. Jest silnie odwodniony i wychłodzony. Zasypia na siedząco. Śmierdzi jak nieboskie stworzenie. Ile leżał w tej trawie? Ile nie jadł i nie pił? Bardzo ufny, całą swoją postawą prosi o pomoc. 
 
Pytanie nasuwa się samo: Kto śmiał pozbyć się takiego malca? Przecież to kot tak dobry, łaskawy, cierpliwy, że nie mogę uwierzyć, iż komuś się nie spodobał! Ma raptem 3 miesiące. Jest delikatny, śliczny, ma nadal 100% zaufania do człowieka!
Może zaczął chorować i wyrzucono go z domu? Może znów niechciany prezent powakacyjny? Sam jeden wśród śmieci, bałaganu? Jakim człowiekiem trzeba być, żeby w ten sposób skazywać zwierzę na powolną agonię? Istota, która kocha i wierzy komuś bezwarunkowa znów wyrzucona na ulicę… W podzięce za łatwowierność kociego serca…
Płakać się chce.
 
Nie czas na łzy i smutne refleksje. Adrenalina działa. Jadę z nim do pani Beaty, czyli mamy kumpeli z dawnych czasów. Trochę mi głupio i wstyd, bo przecież to wszystko tak nagle. Jeszcze gorzej się czuję, kiedy po przybyciu pod wskazany adres widzę, że pojawiam się w mało sprzyjającym momencie. Właśnie wymieniane są drzwi wejściowe i łazienka w remoncie… O, bogowie! I mimo tego zamieszania pani Beata godzi się na pomoc? Przecież ma urwanie głowy! A jest godzina 20.00… 
Okazuje się jednak, że to żaden kłopot. Za chwilę drzwi będą na swoim miejscu, bez łazienki chwilowo da się wytrzymać. A kociak? Kociak wreszcie może się napić mleka. Jest śmiertelnie zmęczony, trzeba mu najpierw na siłę odrobinę płynu wlać do pyska, żeby złapał smak. Potem już przystawiam go do miski i pije samodzielnie. Nie ma siły gryźć, więc też na siłę odrobina stałego pokarmu ląduje w pyszczku,
Najważniejsze, że po chwili wylądował w kojącym objęciu ramion nowej opiekunki. Zasnął. Sen to najlepszy lekarz. Pani Beacie nie przeszkadza brudne futerko, zaropiałe oczy i nos, charakterystyczny fetorek zaniedbanego futerka. Takich ludzi ze świecą szukać!!! Tuli go i głaszcze. Nie chce zdjęć, nie po to go przygarnęła. 
 
Są jeszcze LUDZIE na tym świecie. Wśród tłumu zimnych, okrutnych, zniewolonych pogonią za własnym szczęściem istot, mieszkają ci, którzy całe serce i czas poświęcą naszym podopiecznym. Za nic. Za darmo. Z godnością., pogodą ducha, nadzieją. 
Koty nie rosną i nie rodzą się na trawniku. To człowiek chce zrobić cmentarzysko w miejscu, gdzie kot chciałby żyć.
 
Wpis: 20.10.2014