Głupota ludzka to też dar boży
Postanowiłam zacząć słowami Marka Twaina, ponieważ ta historia bardziej tyczy się ludzi niż kotów, a dokładnie rzecz ujmując – ludzkiej bezmyślności, w której rozprzestrzenianiu wzięłam czynny udział.
To miała być rutynowa akcja. Poproszono nas o pomoc w sterylizacji dwóch wolno żyjących kocic. Dokładniej rzecz ujmując – chodziło o młode rodzeństwo w wieku około ośmiu miesięcy. Kociaki okazały się trochę drobne, delikatne i chyba nieco młodsze, ale wygląd mógł wynikać z niedoboru pokarmu – standardowa sprawa, jeśli chodzi o koty bytujące na wolności.
Kociaki znalazły się pod opieką karmicielki z powodu „życzliwości” sąsiada. Okazało się, że posiada on kocicę, którą w ogóle się nie zajmuje, ponieważ… nie mieszka na stałe u siebie. Wybywa gdzieś na cały tydzień i pojawia się tylko w weekendy. Dzięki takiej „odpowiedzialnej” postawie „jego” kotka bardzo szybko stała się kotką bezdomną i bezpańską – po prostu nie miała gdzie mieszkać i gdzie się schronić. Błąkała się po okolicy i żyła tylko i wyłącznie dzięki dokarmianiu osób postronnych. Na dodatek te traumatyczne przeżycia sprawiły, że straciła kontakt z dobrymi ludźmi i zdziczała kompletnie.
Któregoś pięknego dnia przyprowadziła kocięta tam, gdzie uważała, że będą bezpieczne, czyli na podwórko do wspomnianej karmicielki. Kociąt była czwórka. Dwa z nich – łagodne i najładniejsze – błyskawicznie znalazły domy. Pozostała dwójka była nieco dzika z natury i chyba dlatego nie było na nie chętnych. Dziczały więc powoli i zaczynały żyć swoim życiem. I tak dotrwały wiosny. A wiosna, wiadomo, czas miłości i szaleństw. Lada moment nasze kociaki mogły poczuć zew natury i postarać się o potomstwo.
Należało więc działać błyskawicznie.
Wraz z Martynką złapałyśmy kociaki bez większych kłopotów. Oczywiście młodzież się rzucała, syczała i denerwowała, ale nie była agresywna. Zapakowane w transporterki pojechały od razu na zabieg do miejskiego schroniska, gdzie w ramach rokrocznych dotacji Urzędu Miasta wszyscy zarejestrowani karmiciele mają możliwość bezpłatnych zabiegów kastracji i sterylizacji zwierząt wolno żyjących. My, z ramienia Fundacji, wspieramy karmicieli, pomagamy i służymy wsparciem merytorycznym, jeśli oczywiście dany karmiciel nie ma środków, by samodzielnie takie koty złapać lub przewieźć.
Wszystko poszło gładko. Kociaki zostały w gabinecie, czekały na zabieg. Ja miałam je odebrać po pracy, a więc po południu i dostarczyć karmicielce, która zobowiązała się nimi opiekować przez cały okres rekonwalescencji po zabiegu. Nic wielkiego… Czyżby?
Podjeżdżam pod schronisko. Wysiadam. Dzwonię domofonem, melduję się i czekam na wydanie kociaków. Jest piątek po południu. Jestem zmęczona, zła i głodna. Tylko odwieźć je i już weekend. Myślami jestem daleko stąd. Może jakaś wycieczka? Wszak pogoda jak marzenie… Niebo błękitne, pola się zielenią, ptaki radośnie kwilą w pączkujących krzewach… Ech, wiosna…
Transporterki niesie dwoje pracowników schroniska. Młody chłopak podaje mi pierwszy z nich i wspólnie stawiamy go na ziemi. Podnosimy się, by wziąć drugi z rąk kobiety. W tym momencie słyszę od chłopaka:
- O, kotek pani ucieka!
Oszołomiona spoglądam we wskazanym kierunku i widzę tylko długą kitę i czarno – białą błyskawicę pędząca obok mojego auta w kierunku wjazdu do schroniska. Stoję z rozdziawioną buzią i nawet nie mogę zawołać kici – kici, bo to i tak już nie ma sensu. Przecież to półdzikie zwierzę. Na dodatek złe, w szoku po zabiegu, głodne i wystraszone. Pani próbuje jeszcze biec za kociakiem, woła, szuka, wylatuje na drogę… A tam już tylko pola, łąki i las w oddali…
Schylam się do transporterka, żeby sprawdzić, czy nie jest zepsuty, aczkolwiek nie wierzę w to, bo jeszcze rano działał, sama go przecież przygotowałam i był w stu procentach sprawny. No tak… Sprawny jest nadal… Ma „tylko” niezamknięty jeden zacisk przy drzwiczkach i niezapięty zacisk z boku – akurat ten przy drzwiczkach, z tej samej strony!!! To wystarczyło, by transporter się rozszczelnił i kot mógł bez większych trudności wybić drzwiczki i pobiec w świat.
Patrzymy z chłopakiem na siebie. Oboje mamy nietęgie miny. Młodzieniec zaczyna mnie strasznie przepraszać. Mnie głupio, jemu głupio, chyba jesteśmy w szoku tak samo jak ten kociak…
Tymczasem wraca pani. Przemyka chyłkiem obok nas, zamyka furtkę i … po prostu zwiewa!!! Chłopak krzyczy na nią, denerwuje się. Pyta: „Dlaczego nie sprawdziłaś transporterów?”. Coś tam powiedziała, ale nie wyłapałam. Chyba czuła się winna?
No i jak to się mogło stać, że kot zwiał??? Cóż, zawiodła odpowiedzialność na każdym etapie opieki nad kotem. Po pierwsze – pani nie sprawdziła kontenerów, wynosząc koty z zabiegowego. Po drugie – chłopak nie sprawdził ich, kiedy pomagał nieść. Po trzecie – i najważniejsze – nie sprawdziłam ich ja, kiedy brałam pierwszy do ręki!!!
Nie będę się tłumaczyła zmęczeniem, piątkiem, bo to bez sensu. Założyłam po prostu, że skoro koty wydają mi pracownicy schroniska, którzy robią to setki i tysiące razy, to ja już nie muszę. Odpuściłam. Oni pewnie pomyśleli, że sprawdziła to osoba, która kociaki zamykała w kontenerach. I wiadomo, stało się.
Zadziałała rutyna, przyzwyczajenie, spychologia. Zadziałała bezmyślność i przyzwyczajenie.
Dlaczego o tym piszę? Chcę wszystkim przypomnieć i ostrzec przez brakiem myślenia i oglądania się na innych. W przypadku kociaków dzikich, zestresowanych, a nawet naszych zwykłych, domowych – działa ta sama zasada. Transporterek daje kotu i nam bezpieczeństwo!!! Po to został wymyślony!!! Kot chory, obolały, zły może zareagować chęcią ucieczki, schronienia się. Domowy Mruczuś też może podrapać. A co dopiero dziki?? A co, jeśli wybiegnie na jezdnię pod koła samochodów? A co, jeśli narobi zniszczeń w gabinecie weterynaryjnym?
Piszę o tym, ponieważ jestem nadal zdenerwowana i zatrwożona tą sytuacją i własną głupotą. Przeze mnie ten kociak błąka się teraz pod schroniskiem. Fakt – pracownicy wykładają tam jedzenie i zobowiązali się go złapać, ale… Mogliśmy tego uniknąć, prawda?
Dlatego proszę – sprawdzajcie swoje transportery. Sprawdzajcie po sto razy. I nie ważne jest, czy jedziecie z prywatnym Mruczkiem na szczepienie, czy wieziecie bezdomniaka na zabieg. Efekt będzie ten sam – stres, ból i wyrzuty sumienia. Narażamy swoich podopiecznych na zbędne cierpienia. A tego nam – ludziom – nie wolno.
PS. Stawiam się pod pręgierzem, Szefowo…
PS I. Jedna z kocic okazała się kocurem i to właśnie ona = on zwiał. Zmiana płci podczas zabiegu to akurat standard.
PS II. Matkę łapiemy w nadchodzącym tygodniu, żeby już więcej nie było niepotrzebnego stresu.
Wpis: 24.03.2014







